Szybka akcja, seksowna i obowiązkowo skąpo odziana niewiasta. Śmiertelna klątwa doprawiona garścią tajemnic, a wszystko to oblane w efektownym, lekko mangowym sosie. Przepis na grę doskonałą to może i nie jest, ale odpowiednio zmieszane ingrediencje pod okiem uzdolnionych ludzi mogą dać całkiem smaczne, lekkostrawne danie.
OsaX Nymloth
Takim jest niewątpliwie X-Blades (znane również pod mianem Oniblade), która to produkcja jest niczym innym, jak szalenie efektowną grą akcji stworzoną przez rosyjskie studio Gaijin Entertainment. Już od dłuższego czasu miałem na ten tytuł baczenie, licząc, że dostarczy mi on kilku godzin niczym nieskrępowanej zabawy. I powiem wam, że choć X-Blades daleko do arcydzieła, nie sposób jednak odmówić też grze pewnego uroku. Ale po kolei...
Meet thy maker
Poznajcie Ayumi, młodą i piękną blondwłosą heroinę o dużych, niebieskich oczach, której życiowym mottem mogłoby być zdobyć i sprzedać wszystko, co ma jakąkolwiek wartość, zaś ubiór przyprawiłby o zawał każdego etyka i nauczyciela dobrych manier. Nie dajcie się jednak zwieść jej niewinnej buźce i wdzięcznemu poruszania biodrami, gdyż Ayumi to pierwszorzędna poszukiwaczka skarbów, niszczycielka zabytkowych waz oraz zarozumiała i pyskata baba, której do rozsądku nie przemówisz. Pod względem charakteru naszą protegowaną chyba najłatwiej porównać ze słynną Liną Inverse, znaną wszystkim, którzy oglądali serię anime Slayers. Taka sama pewność siebie, odporność na argumenty i niemalże nieludzkie zdolności w posługiwaniu się magią. Są jednak pewne różnice pomiędzy dwoma bohaterkami. Ayumi, jako się rzekło, jest typową blondynką, do tego skąpo odzianą (bardziej się już po prostu nie da) i mającą zdecydowanie pokaźniejsze hm... atrybuty kobiecości. Do tego posługuje się mieczami lepiej niż niejeden rębajło, co to spędził pół życia na wojaczce. Jeśli zaś myśleliście, że to Lara Croft powinna trafić pod lupę organizacji dbających o zabytki, to wiedzcie, że Ayumi można by śmiało określić jako niszczycielkę absolutną. Nie uchroni się przed nią nic, co tylko może kryć w sobie coś cennego, a wiek danego starocia nie ma dla niej żadnego znaczenia.
Pozostawiając jednak w spokoju talię naszej bohaterki oraz jej charakterek, których mogłaby jej pozazdrościć osa, skupmy się na fabule. Ayumi poznajemy kiedy przybywa do pewnego sklepu, chcąc najwyraźniej spieniężyć łup z ostatniej wyprawy. Jak to w takich przypadkach bywa, heroina za nic ma sobie wszelkie prawa o niedotykaniu towaru, efektem czego dane jest jej posmakować niegodziwości Mrocznego. Po uporaniu się z problemem w postaci kilku stworów, Ayumi ze zdumieniem odkrywa mapę, wskazującą nic innego, jak położenie potężnego artefaktu. Z nieprzyjemnym błyskiem w oku bohaterka wyrusza na poszukiwania do starożytnych ruin, aby położyć swe łapy na tymże przedmiocie, zupełnie nie przejmując się losem niedoszłego kontrahenta.
Gdzie miecze mówią dobranoc
Jak łatwo się domyślić, to właśnie poszukiwanie pewnej kuli będzie celem gracza - przynajmniej przez pewien czas. Fabuła, mimo że posiadająca coś, co można by na upartego uznać za zwrot akcji, jest prosta jak budowa cepa. Na dodatek sposób jej prezentacji poprzez cut-scenki generowane na silniku gry przypomina lekcję historii prowadzoną przez pijanego, jak bard na weselu, drwala z silnymi zanikami pamięci. Mówiąc krótko i banalnie, opowieść jest dziurawa i dziecinnie naiwna, w końcówce siląc się na mały dramatyzm. Jednak to nie fabuła jest najważniejszą cechą X-Blades, więc można ją zwyczajnie pominąć i skupić się na samym meritum.
Prawdziwą esencją produkcji Rosjan z Gaijin Entertainment jest akcja, podczas której Ayumi przerabia na karmę dla chomików całe stada przeciwników. Totalną anihilację i ubijanie gatunków zagrożonych wymarciem przeprowadzamy na szeroką skalę za sprawą dwóch mieczy. Sztuczka z nimi polega na tym, że nie tylko są one zabójcze, ale potrafią też strzelać. Jest to o tyle ważne, że niektórych przeciwników miecze najzwyczajniej w świecie nie dosięgną. Ayumi potrafi również łączyć poszczególne ciosy w efektowne combosy, pozostawiając na ziemi szczątki pechowych stworów. Skala zniszczenia jest jednak nieporównywalnie większa, kiedy nasza heroina się wkurzy nie na żarty i sięgnie po jeden ze swoich czarów, którymi pięknie spala/zamraża/miażdży wszelki opór. Trzeba przyznać, że zestaw umiejętności zaserwowany przez twórców jest całkiem spory i każdy znajdzie swój ulubiony czar na każdą okazję. Ayumi może korzystać z typowych kul ognia, potraktować wroga błyskawicą, zniszczyć sferą mroku lub użyczyć magii światła swoim mieczom i radośnie kontynuować rzeź. Wśród dostępnych umiejętności znajdzie się również kilka alternatywnych sposób strzelania, ot chociażby skumulowanie potężnego, magicznego ładunku w jednym pocisku celem natychmiastowego uziemienia wyjątkowo upartego niemilca. Ważnym sukcesem twórców jest fakt, że w zasadzie wszystkie te umiejętności i zaklęcia są naprawdę przydatne. Ba, w wielu przypadkach bez inwestycji w konkretny czar po prostu nie pokona się paskudnego mini-bossa. Ot, chociażby pewna przerośnięta ważka, której pierw należy zamrozić całą obstawę, a dopiero po tej czynności przygrzmocić czymś ognistym i wybuchowym. Oczywiście, za każdy nowo poznany czar lub umiejętność należy uiścić opłatę pobieraną w jakże typowej walucie, jaką są dusze. Te można również użyć do wykupywania leczenia lub przyrostu gniewu, potrzebnego do korzystania z zaklęć. Same dusze zdobywa się seryjnie na pokonanych przeciwnikach, można je odnaleźć rozbijając porozmieszczane tu i tam kryształy, wazy i sarkofagi. Co prawda, ceny za takie leczenie stopniowo wzrastają, aby wkrótce osiągać dość imponujące wartości, jednak na brak dusz do wydania nie przyszło mi nigdy narzekać, chociażby dlatego, że niczym niezwykłym jest zdobycie nawet kilku milionów duszyczek na jednej planszy.
Nie wszystko złoto, co się błyszczy
Trzeba przyznać, że wygibasy blondwłosej wojowniczki robią całkiem dobre wrażenie, kiedy wywija ona mieczami pośrodku całej zgrai potworów. W momencie kiedy do akcji wkracza magia, na ekranie powstaje zazwyczaj niekontrolowany chaos - zupełny nieład i szaleństwo, które w jakiś sposób przyciąga do ekranu. Jednakże po pewnym czasie rzezania różnego rodzaju jaszczurów, robienia z... odwłoków jesieni średniowiecza przerośniętym galapagos, odsyłania w niebyt podejrzanych duchów i krabów, nadchodzi moment, w którym mogą wystąpić dwa zjawiska. W pierwszym przypadku gracz zakończy rozgrywkę i zadowolony wróci do niej np. nazajutrz po powrocie z pracy. W drugim na spotkanie ruszy mu pociąg zwany monotonią, który go zdruzgocze, a z każdą kolejną planszą będzie tratował z coraz większą mocą. Właśnie schematyczność jest największą bolączką X-Blades, dlatego gra średnio nadaje się na długie sesje przy komputerze. Repertuar nowych stworów wyczerpuje się gdzieś w połowie rozgrywki, zwiększa się jedynie ilość upierdliwców oraz ewentualni bossowie. Produkcja Gaijinów jest liniowa do bólu, można zapomnieć o jakichkolwiek wyborach i konsekwencjach tychże. Całość gry opiera się na przechodzeniu kolejnych małych lokacji, w których obowiązkowo czeka do rozwalenia cała horda wrogów. Pisząc horda, naprawdę mam na myśli całą armię kreatur, które nieustannie przybywają na pole bitwy, sprawiając, że niektóre walki potrafią trwać po kilka, a w skrajnych przypadkach nawet kilkanaście minut! W końcu ubicie około tysiąca stworów musi trochę potrwać. Po wyczyszczeniu danej planszy, rozwaleniu wszystkiego, co się da i zebraniu dusz wraz z drogocennymi błyskotkami należy ruszyć do następnego pomieszczenia, gdzie rytuał się powtarza.
Jeśli jednak potraktować X-Blades jako dynamiczną siekankę w sam raz na odprężenie się po ciężkim dniu przez pół godziny, wtedy produkcja ta pokazuje wszystko, co ma w sobie najlepszego bez popadania w monotonię. Poszukiwanie kolejnych ulepszeń dla Ayumi, aby ta nauczyła się nowego combosa i mogła sprezentować wrogom jeszcze bardziej zabójczy oręż, jest satysfakcjonujące, a zaliczenie planszy na 100% zapewnia znaczny przyrost morale.
Tam, kędy świty dnieją
Dobre wrażenie robi również oprawa graficzna gry, która - mimo że nawet nie stara się dobić do światowej czołówki - może się podobać. Jak już się rzekło wcześniej, styl graficzny przypomina mangę, dlatego osobnicy uczuleni na japońską kreskę powinni dwa razy pomyśleć przed zbliżeniem się do tego tytułu. Duże, niebieskie oczy (tak, oczy, nie to o czym myśleliście, świntuchy) Ayumi, jak i cała jej postać są wyraźnie inspirowane japońszczyzną, a świat gry prezentowany jest w technice cel-shadingu. Efekty są jak najbardziej pozytywne: jest kolorowo (ale bez przesadnego kiczu i lukru), czasami majestatycznie, a podczas walki na ekranie wybuchają prawdziwe feerie barw wspomagane różnymi filtrami. Fajerwerki te są tak efektowne, że niczym niezwykłym jest zupełnie stracenie z oczu protagonistki, zwłaszcza, gdy obstąpi ją legion przeciwników, z których każdy koniecznie chce dostać autograf. Najlepiej na gołej skórze, wypisany mieczem lub wypalony zaklęciem. Same lokacje, mimo że małe i dość schematyczne (ale czego oczekiwać po ruinach?) są zrobione całkiem poprawnie, aczkolwiek nie należy liczyć na wielką szczegółowość obiektów. Obecność fizyki objawia się w zasadzie tylko podczas ciachania na kawałki posągów, grobowców i innych obiektów, których znaczenie historyczne ma dla Ayumi znikomą wartość.
Jeśli chodzi o ścieżkę dźwiękową, to dawno już nie spotkałem się z takim rozrzutem gatunkowym, pomijając Saints Row 2 i GTA IV. Utwory w X-Blades zasadniczo dzielą się na dwie kategorie: przygrywające w tle podczas spokojnej eksploracji oraz bojowe, energiczne kawałki pojawiające się podczas walki. Do rozsiekania jeszcze kilku stworów zachęcają zalatujące industrialem utwory z przesterowanymi gitarami, elektroniczne brzmienia kojarzące się z Bliskim Wschodem oraz kawałki orbitujące w okolicach techno. Dla każdego coś miłego, a sama różnorodność jak najbardziej pozytywnie wpływa na całą produkcję. Owszem, nie znajdziemy tutaj hitów albo tracków wwiercających się w głowę i żadną miarą nie chcących z niej wyleźć - mamy za to solidną, energetyczną i pozytywną mieszankę gatunków. Gdyby kogoś to interesowało, cała ścieżka dźwiękowa jest zapisana na dysku w postaci plików OGG. Jeśli chodzi o pozostałe dźwięki, to jest to po prostu solidna, rzemieślnicza robota. Co do aktorów i dialogów, to całkiem nieźle brzmią główni bossowie gry. Zaś nasza heroina wraz z pewnym pechowym podróżnikiem byli dla mnie źródłem kilku pokpiwających uśmieszków. Wszystko za sprawą szalenie skomplikowanych dialogów, które zasadniczo sprowadzały się do kilku hmmm z rzędu przed przystąpieniem do prawdziwej wymiany zdań.
Skrzyżuj ze mną ostrza i zgiń!
Jeśli cierpisz na brak dobrych gier akcji, które pozwoliłyby się odstresować po powrocie z biura/szkoły podczas krótkiej sesyjki, to poważnie rozpatrz zakup X-Blades. Owszem, nie jest to pozycja ponadczasowa, pachnąca świeżością i rewolucjonizująca gatunek. Jest to solidny kawał kodu, który bez skrupułów korzysta z wielu znanych patentów i dostarcza dobrej zabawy. Jeśli lubisz skąpo odziane (w sumie bardziej by pasowało niechętnie noszące cokolwiek) dziewoje w roli niestrudzonych heroin, siekanie setek, a nawet tysięcy potworów dwoma mieczami oraz masakrowanie przeciwników szerokim arsenałem czarów, to X-Blades jest pozycją dla Ciebie. Głównymi wadami tego tytułu są słabiutka fabuła i sposób jej prowadzenia oraz, przy kilkugodzinnej rozgrywce, schematyczność i monotonia. Więc jak, skrzyżujesz ostrza z Ayumi, czy też zrejterujesz?